JackGraal.com header

Star Wars: The Old Republic - Pamiętnik Julii

27/12/2011
Komentarze

Na początku grudnia miałem okazję przetestować wersję beta gry Star Wars: The Old Republic. Mówiąc ogólnie - nie spodobała mi się. W tej chwili jestem po porządnej sesji z pełną wersją gry i z uśmiechem na twarzy. I mam nadzieję, że uśmiech ten będzie się pojawiał przez kolejne kilkadziesiąt dni gry, a może dłużej...

Dzień pierwszy

Nazywam się kapitan Julia. Niestety, mój statek został skradziony i muszę poczynić pewne kroki, by go odzyskać. Jak zwykle, aby uzyskać pomoc, trzeba trochę popracować w terenie i nie dać się zrobić w konia. Roi się tutaj od separatystów, więc mogę sobie bezkarnie poćwiczyć strzelanie. Ahh, właśnie - jestem przemytniczką, dumną z tego zawodu i jedyne co kocham bardziej to kredyty. Powęszyłam trochę za pracą (głównie zlecenia na eliminację grup separatystów lub znalezienie jakichś śmieci - bułka z masłem, albo lepiej sama bułka, muszę trzymać linię). Zarobiłam trochę kredytów (na waciki wystarczy)i dowiedziałam się paru rzeczy o moim statku. Jak tylko odzyskam mój statek dorwę tego złodzieja Skavaka - żaden rycerz Jedi, czy nawet Imperator mu nie pomoże...

Nadal uważam, że Star Wars: The Old Republic to World of Warcraft w szatach rycerza Jedi. Gra wykorzystuje te same rozwiązania co dzieła Blizzarda z tą jednak rożnicą, że po 7 latach ulepszania WoW-a, SW: ToR jest już w pełni działającą produkcją. Wszystko wydaje się spójne, a sukces jaki osiągnięto (milion graczy w dniu premiery) potwierdza jakość tej produkcji. W dodatku uniwersum Star Wars jest znacznie popularniejsze od Warcrafta, co automatycznie przełoży się na liczbę graczy - część graczy przywędruje z serwerów WoW-a i innych gier MMORPG, ale znaczna liczba graczy będzie nowa w tym biznesie - właśnie dzięki popularności uniwersum Gwiezdnych Wojen.

W tej chwili już drugi raz podchodzę do SW: ToR i muszę przyznać, że tym razem podoba mi się dużo bardziej. Jedną z przyczyn może być to, że w wersji beta próbowałem swoich sił jako Jedi, którym grało się jakoś nudnawo, a Julia - szmuglerka okazała się bardzo ciekawym wyborem. Tym bardziej, że w dialogach kreuję Panią Kapitan jako przebiegłą, egocentryczną, chciwą kobietę o własnych zasadach.

Star Wars: The Old Republic z każdą godziną staje się coraz ciekawsze i coraz większe. W dodatku na każdym kroku widać (dobry) wpływ innych produkcji.

Dzień drugi

Uhh, ten Skavak. Zmienia strony jak chorągiewka na wietrze. W dodatku jego “dziewczyna” zabiła osobę, która była bardzo pomocna w sprawie odnalezienia złodzieja. Udało mi się jednak dostać na Coruscant i znaleźć kolejny trop - spotkałam tam pewnego miłośnika gry w Pazaaka, który wydaje się być mocno zainteresowany moją osobą i dzięki temu był skory do udzielenia informacji bez pomocy portfela (lub blastera).

Podczas jednej z misji trafiłam na dziwną, pulsującą kostkę. Nie jestem pewna do czego służyła, ale gdy jej dotknęłam, poczułam dziwne mrowienie. Mam tylko nadzieję, że nie dostanę od tego zmarszczek. Ciągle chodzi za mną Corso Riggs - dziwny jest i przystawia się do mnie, ale dzięki temu mogę go łatwo wykorzystywać do sprzedawania niepotrzebnych rupieci i tym podobnych prac. Ahh, zła ze mnie kobieta...a może po prostu jestem praktyczna?

Nie wiedziałam, że Coruscant jest takie wielkie. Trafiłam przypadkiem na rozgrywki Huttball - dwie drużyny tłuką się między sobą o dziwną piłkę, którą trzeba zanieść do wskazanego miejsca. Dodatkowo na “boisku” znajdują się jakieś paleniska i trujące gazy. Podchodziłam do tego sceptycznie, jednak ze względu na nagrody spróbowałam. Okazało się dość wyczerpujące, ale satysfakcjonujące. Co prawda moja drużyna przegrała, ale co mnie oni obchodzą. Ważne, że miałam wysoki wynik zabić - lubię zabijać.

Star Wars: The Old Republic z każdą godziną staje się coraz ciekawsze i coraz większe. W dodatku na każdym kroku widać wpływ innych produkcji. System kompanów, których można wyposażać w ekwipunek jest “zerżnięty” z Guild Wars - i bardzo dobrze, bo w trybie PVE nie zawsze można liczyć na pomoc żywych graczy, a silniejszych potworów do ubicia nie brakuje.

Tryb PVP to lekko zmodyfikowane areny World of Warcraft - równie wciągający co pożyteczny. Dzięki walkom z innymi graczami poziom doświadczenia wzrasta nawet szybciej niż dzięki questom.

Trzeba pochwalić system walki oraz - w przypadku Przemytnika - system osłon. Klasa ta (obecnie Julia awansowała już do klasy Rewolerowca (blasterowca?) - drugą opcją był Łotr) pozwala na wykorzystywanie osłon - naturalnych jak i sztucznych. Dwa blastery dzierżone przez Julię mają dość daleki zasięg, a osłona robi swoje, dzięki czemu można bez problemu pokonać większość przeciwników - nawet tych mocniejszych. Na arenie PVP Przemytnik wypada także bardzo pozytywnie. Podstawą jest utrzymywanie dystansu, korzystanie z osłon i działanie w grupie.

Ekwipunek ma dość mało przedmiotów, ale można wykupić sloty za kredyty - pierwsze 10 za 5000 kredytów, a każde kolejne o kilkanaście tysięcy drożej. Rozwiązanie chyba lepsze od “plecaków” z WoW’a lub wykupywania slotów za prawdziwe pieniądze. Przecież w płatnym MMORPG chodzi o to, by umiejętności, a nie portfel ogłosiły zwycięzcę.

Star Wars: The Old Republic to gra ogromna, ale czy wystarczająco urozmaicona?

Dzień trzeci

Dziś nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nadal nie wiem gdzie szukać złodzieja mojego statku. Podobno na członkowie organizacji Czarne Słońce mieli z nim do czynienia. W między czasie wysłałam Corso Riggsa, żeby pozbierał złom, posklejał z niego jakiś sprzęt i sprzedał - kredyty zawsze się przydadzą. Ogólnie nudy. Jedyną rozrywką są pola bitew, na których mogę spuścić trochę krwi Imperium. Chodząc po mieście natknęłam się na sklep ze Speeder Bike-ami. Gdybym tylko miała swój statek (żeby mieć gdzie parkować) i odpowiednią ilość kredytów - ehh, przyjdzie i na to czas. Na razie muszę skupić się na odzyskaniu statku i obmyśleniu, co takiego zrobię ze złodziejem.

Jedną z ciekawszych rzeczy w Star Wars: The Old Republic jest system craftingu. Wykorzystuje się do niego swoich kompanów. Podczas misji można zbierać złom lub inne substraty potrzebne do tworzenia kolejnych, coraz lepszych przedmiotów.
Flashpointy to misje podobne do instancji w WoW-ie. “Zalicza” je się w dwie lub więcej osób, chociaż udało mi się (ledwo) zrobić to tylko z wędrującym ze mną kompanem. Osobna mapa z kilkoma zadaniami połączonymi ze sobą bezpośrednio. Po drodze spotkać można mniej lub bardziej silnych bossów, którzy zostawiają po sobie trochę lepsze itemy niż zwykli przeciwnicy.

W trybie PVP można bawić się także na mapie, na której zdobywa się punkty za zajęcie dział. Każde z trzech dział może strzelać w jeden ze statków należących do Imperium lub Republiki. Rozgrywka polega na tym, by przejąć i pilnować działa, aż punkty obronne statku przeciwnika zjadą do zera. Gra się przyjemnie, a małe drużyny (8 osób) zmuszają do ciągłej zmiany obszaru działań.

W świecie gwiezdnych wojen jest na pewno wiele do zrobienia, ale Julia nadal nie odzyskała swojego statku i jest uziemiona na Coruscant.

Dzień czwarty

Nie wiem co mam robić. Biegam po Coruscant jak szalona. Zabiłam nawet jakiegoś kryminalistę, za którego wystawiona była niezła sumka kredytów. Tak na prawdę stało się to całkowicie przypadkowo. Dostarczałam po raz kolejny jakieś “niezbędne informacje” dla urzędników Republiki i nagle natknęłam się na tego przerośniętego osobnika. Już miał mnie na muszce, ale pojawił się jakiś Jedi, który odwrócił jego uwagę i dał mi znak, abym zaszła go od tyłu. Padł jak deska. Ot cała historia. Po inkasacji nagrody poszłam rozerwać się grając w Huttball - nie poszło zbyt dobrze. Tęsknię za swoim statkiem...ale już niedługo go odzyskam. W miedzy czasie przydałoby się zabezpieczyć trochę kredytów - nie wiem w jakim stanie zastanę moją kochaną maszynę...

Z każdym dniem grania w Star Wars: The Old Republic odkrywam coraz mniej i nudzę się coraz bardziej. Najciekawsze wydają się walki PVP, które za każdym razem wymagają z mojej strony zaangażowania. Questy i linia fabularna póki co przypomina jakieś RPG dla jednego gracza. Z jednej strony historia jest w miarę ciekawa, rozmowy z NPC-ami zachęcają do wysłuchania ich wypowiedzi, a wybory moralne urozmaicają całość, ale z drugiej brak tutaj integracji z innymi graczami. Czasami można spotkać kogoś, kto akurat robi to samo zadanie. Niestety zaraz po wspólnym wykonaniu questa i zarobieniu kilku punktów społecznościowych (pozwalających na dostęp do specjalnych przedmiotów) gracze zwykle idą zająć się innymi questami. Warto więc wziąć wszystkie możliwe zadania z danego obszaru i poszukać jakiegoś towarzysza, z którym można je dużo łatwiej wykonać lub po prostu grać ze znajomym - satysfakcja gwarantowana.

Statki kosmiczne w Star Wars: The Old Republic to dom dla gracza - nie są nie wiadomo czym, ale pozwalają na wygodne egzystowanie w świecie Star Wars.

Dzień piąty

W końcu wpadłam na trop Skavaka - pomógł mi w tym pewien oficer Republiki.. Okazało się, że próbował wkupić się w łaski Imperium. Gdy razem z Corso wyśledziłam go i znienacka przystawiłam mu blaster do głowy nagle zerwał się do biegu zostawiając mnie z imperialnymi żołnierzami. Udało mu się uciec, ale dowiedziałam się gdzie trzymał mój statek - “poprosiłam” właściciela doku, by wydał mi mój statek i przy okazji dorzucił kilka ulepszeń - na koszt Skavaka oczywiście. W taki sposób odzyskałam swój statek, na pokładzie którego znalazłam Rishę - wspólniczkę Skavaka, która z nic miała lojalność wobec tego złodzieja - zaoferowała współpracę przy sprzedaży znajdującego się na statku towaru - dość tajemniczego. Ważne jednak, że po transakcji ilość kredytów w kieszeni wzrośnie o niemała sumkę.

Statek w Star Wars: The Old Republic to dom dla gracza. Znajduje się tam droid, który może doradzić w każdej sytuacji, schowek na przedmioty oraz mostek (podobny do tego z serii Mass Effect) pozwalający na wybranie celu podróży. Zyskanie statku nie jest niczym niezwykłym i nie ukazuje zbyt wielu nowości. Jedynie rozszerza możliwości działań gracza oraz umożliwia walki w przestrzeni kosmicznej. Chociaż gra na początku niezwykle mnie wciągnęła i nie pozwalała nawet na sekundę odejść od monitora, to niestety coraz bardziej skłaniam się ku swoim własnym rozmyśleniom jeszcze z czasów wersji beta.

Gracze hardcorowi lub “starzy wyjadacze”, którzy spędzili parę dobrych lat przy produkcjach tego typu nie znajdą w SW: ToR nic nadzwyczajnego.

Dzień szósty

Po odzyskaniu mojego kochanego statku (z nawiązką) mogłam wrócić do mojej codziennej rutyny. Na Coruscant nie było już nic do roboty więc wyruszyłam na Taris - planetę nazywaną “Coruscant Odległych Rubieży”. Pierwsze co rzuca się w oczy to niezliczona ilość zrujnowanych budynków - podobno kilkaset lat temu, podczas Wojny Domowej Jedi została zbombardowana przez flotę Dartha Malaka. Nie będę zagłębiać się w szczegóły - historia nigdy nie była w kręgu moich zainteresowań. Po rozmowie z kilkoma mieszkańcami znalazłam kilku zleceniodawców na dobrze płatne prace - sami bali się wyściubiać nos z miasta ze względu na panoszące się wszędzie Rakhgule. Mnie to bez różnicy - żołnierz Imperium, czy mutant - jeżeli stoi na mojej drodze niestety nie będzie mu do śmiechu.

Star Wars: The Old Republic z dnia na dzień coraz bardziej przekonuje mnie do tego, że jest mieszaniną najlepszych elementów gier z gatunku MMORPG oraz standardowego Offline RPG. Sama baza gry to kopia World of Warcraft (frakcje, “battlegroundy”, sterowanie, niektóre elementy graficzne). Z Age of Conan ściągnięto i bardzo ulepszono system dialogów - nie dość, że spełniają swoją rolę niezwykle dobrze, to wpleciono także system ciemnej/jasnej strony Mocy. Każda postać ma swój głos, a każda klasa swoje własne linie fabularne. Na arenach PVP wykorzystano “wyrównywacz poziomów” - bardzo podobny do trybu PVP w Guild Wars - dzięki któremu gracze na bardzo różnym levelu mogą ze sobą sprawiedliwie rywalizować, pojedynek przesądzić mogą tylko umiejętności gry daną klasą i wykorzystywania posiadanego ekwipunku.

Dla mnie Star Wars: The Old Republic to gra klimatyczna, dopracowana, ale niezwykle “powtarzalna”. Jest wyjątkowa, ale właśnie dzięki połączeniu elementów znanych z innych produkcji w jedną, spójną, grywalną całość. Osobiście grałem i “testowałem” co najmniej kilkadziesiąt różnych gier MMORPG - abonamentowych i darmowych. SW: ToR wydaje się być najlepszym wyborem dla gracza, który nie miał zbyt dużo styczności z grami z gatunku MMORPG - dla “świeżaków” będzie po prostu świetna. Natomiast gracze hardcorowi lub “starzy wyjadacze”, którzy spędzili parę dobrych lat przy produkcjach tego typu nie znajdą w SW: ToR nic nadzwyczajnego.

Kapitan Julia odzyskała swój statek i mogła kontynuować swoją podróż ku bogactwu. Po drodze na Księżyc Przemytników napotkała ją jednak pewna niespodzianka...

Dzień siódmy

Muszę to przyznać - Taris może kiedyś było bardzo rozwiniętą planetą, ale obecnie wszędzie można napotkać się tylko na mutanty i bagna, a płace nie są zbyt satysfakcjonujące. Mieszkańcy są po prostu biedni i musiałam zmyć się stamtąd jak najszybciej. Po zatankowaniu paliwa na swój cel podróży wybrałam Nar Shaddaa - mój drugi dom (zaraz za statkiem), w którym zawsze znajdzie się ciekawa, dobrze płatna praca na pograniczu legalności. Myślami byłam już w jednej z kantyn, gdy po podróży nadświetlnej natknęłam się na wielką bitwę oddziałów floty Republiki i Imperium. Na nieszczęście głównego statku imperialnego nie zostałam wykryta. Miałam dylemat, czy wziąć udział w bitwie, ale po chwili zastanowienia miałam już zaplanowane co i jak. Posłałam wszystkie rakiety jakie miałam do dyspozycji w kierunku statku-matki i udało mi się zniszczyć główny napęd oraz generator pola ochronnego, a zanim ktokolwiek zauważył, co się stało byłam już daleko.

Gdy byłam już na Nar Shaddaa dowiedziałam się, że flota Republiki odniosła wtedy zwycięstwo za sprawą “jednostki nieznanego pochodzenia”. Postanowiłam się jednak nie ujawniać (szpiedzy Imperium są wszędzie). Wzięłam pierwsze, lepsze zlecenie i wróciłam do pracy w szarej strefie - to był mój żywioł, a nie jakieś bohaterstwo... Kogo obchodzą bohaterowie?

Takim oto sposobem minął miesiąc gry w Star Wars: The Old Republic. Gdyby doba trwała 30 godzin na pewno zainwestował bym w kolejny miesiąc przygód u boku Kapitan Julii. Później może nadszedłby czas na rycerza Jedi z prawdziwego zdarzenia? Nie ma wątpliwości, że gry MMORPG to najbardziej absorbujące czas produkcje. Dla niektórych wręcz drugie życie - lub co gorsza pierwsze i jedyne, w którym się spełniają.

Przeczytaj recenzję gry Star Wars: The Old Republic

Niemniej jednak takie gry sprawiają frajdę tylko wtedy, gdy mamy z kim grać. Czy jest to druga połowa, znajomi z klasy, klan z którym gramy, czy losowo wybrane osoby - gry MMO zacieśniają znajomości. Oczywiście w sposób wirtualny, ale przecież nieraz słyszy się, że jakaś para poznała się grając w World of Warcraft, a grupa ludzi jeździ na zjazdy, na których bawią się tak, jakby znali się od zawsze. Dlatego właśnie, życzę grom MMORPG, aby nadal się rozwijały i aby tak jak Star Wars: The Old Republic spajały wszytko to, co najlepsze w jedną całość, która może nie zaskakuje, ale na pewno satysfakcjonuje. To był dobry miesiąc - tym bardziej, że przy SW: ToR bawić się można świetnie grając hardcorowo, jak i również sporadycznie np. logując się co kilka dni.


chevron-uptwitterinstagramfacebook-official